Najpiękniejszy i zarazem najstraszniejszy wyścig świata skończył się w 1957 roku. Jego serce zachowano tam, gdzie nikt nie szukałby samochodów – w murach średniowiecznego opactwa pod Brescią. Pojechałem to zobaczyć.
Są muzea, które są halą pełną samochodów. I jest jedno, które jest klasztorem.
Wjeżdżam przez bramę i zamiast szkła, betonu i lśniącego foyer widzę kamienny dziedziniec. Sant’Eufemia. Benedyktyński kompleks, którego początki giną w średniowieczu, przez wieki miejsce modlitwy, potem zapomnienia i powolnego rozpadu. Cisza jest tu pierwszym eksponatem. Jeszcze nie zobaczyłem ani jednego auta, a już wiem, że to nie będzie zwykłe zwiedzanie.
Zaraz za wejściem – sklep, który okazuje się obszerną motoryzacyjną księgarnią. Półki uginają się od albumów i monografii, w kącie wiszą kultowe czapki z logo rajdu. Kasuję bilet i wchodzę na piętro. I właśnie tam, pod drewnianymi belkami stropu, zaczyna się opowieść.
Wyścig, którego dziś nikt by nie wymyślił
Żeby zrozumieć to miejsce, trzeba cofnąć się do 1927 roku. Brescia była wtedy stolicą włoskiego sportu samochodowego – dopóki Grand Prix Włoch nie przeniesiono do nowo wybudowanej Monzy. Z urażonej dumy czterech ludzi – hrabiowie Maggi i Mazzotti, organizator Castagneto i dziennikarz Canestrini – postanowiło stworzyć wyścig bez toru. Trasa miała prowadzić zwykłymi drogami z Brescii do Rzymu i z powrotem. Około 1600 kilometrów. W dawnej, rzymskiej mierze – tysiąc mil. Mille Miglia.
Reguły były proste i przerażające. Żadnych zamkniętych dróg, żadnych etapów, żadnego snu. Auta ruszały pojedynczo, w minutowych odstępach, a numer startowy oznaczał godzinę wyjazdu – samochód numer 532 opuszczał Brescię o 5:32 rano. Widzowie stali na poboczach, na zakrętach, przy wjazdach do miasteczek, bez barier, na wyciągnięcie ręki od maszyn pędzących ponad dwieście kilometrów na godzinę.
To tutaj rodziły się legendy. W 1955 roku Brytyjczyk Stirling Moss z pilotem Denisem Jenkinsonem, czytającym trasę z kilkumetrowej taśmy notatek, przejechał całe tysiąc mil w dziesięć godzin i siedem minut – ze średnią 157 kilometrów na godzinę. Rekordu nie pobito nigdy, bo wyścig w tej formie już nie wrócił.
Skończył się 12 maja 1957 roku, pod Guidizzolo, czterdzieści kilometrów przed metą. W Ferrari markiza Alfonsa de Portago pękła opona. Zginął kierowca, jego pilot i dziewięcioro widzów, w tym pięcioro dzieci. Włoski rząd zakazał wyścigów na drogach publicznych. Za tę śmierć przed sądem stanął sam Enzo Ferrari, oskarżony o nieumyślne spowodowanie śmierci; oczyszczono go dopiero w 1961 roku. Ale Mille Miglii nic już nie mogło przywrócić.
Wyścig, którego dziś nikt by nie wymyślił
Żeby zrozumieć to miejsce, trzeba cofnąć się do 1927 roku. Brescia była wtedy stolicą włoskiego sportu samochodowego – dopóki Grand Prix Włoch nie przeniesiono do nowo wybudowanej Monzy. Z urażonej dumy czterech ludzi – hrabiowie Maggi i Mazzotti, organizator Castagneto i dziennikarz Canestrini – postanowiło stworzyć wyścig bez toru. Trasa miała prowadzić zwykłymi drogami z Brescii do Rzymu i z powrotem. Około 1600 kilometrów. W dawnej, rzymskiej mierze – tysiąc mil. Mille Miglia.
Reguły były proste i przerażające. Żadnych zamkniętych dróg, żadnych etapów, żadnego snu. Auta ruszały pojedynczo, w minutowych odstępach, a numer startowy oznaczał godzinę wyjazdu – samochód numer 532 opuszczał Brescię o 5:32 rano. Widzowie stali na poboczach, na zakrętach, przy wjazdach do miasteczek, bez barier, na wyciągnięcie ręki od maszyn pędzących ponad dwieście kilometrów na godzinę.
To tutaj rodziły się legendy. W 1955 roku Brytyjczyk Stirling Moss z pilotem Denisem Jenkinsonem, czytającym trasę z kilkumetrowej taśmy notatek, przejechał całe tysiąc mil w dziesięć godzin i siedem minut – ze średnią 157 kilometrów na godzinę. Rekordu nie pobito nigdy, bo wyścig w tej formie już nie wrócił.
Skończył się 12 maja 1957 roku, pod Guidizzolo, czterdzieści kilometrów przed metą. W Ferrari markiza Alfonsa de Portago pękła opona. Zginął kierowca, jego pilot i dziewięcioro widzów, w tym pięcioro dzieci. Włoski rząd zakazał wyścigów na drogach publicznych. Za tę śmierć przed sądem stanął sam Enzo Ferrari, oskarżony o nieumyślne spowodowanie śmierci; oczyszczono go dopiero w 1961 roku. Ale Mille Miglii nic już nie mogło przywrócić.
Dom w klasztorze
Wyścig umarł, lecz jego pamięć znalazła schronienie. W 1996 roku grupa bresciańskich pasjonatów założyła stowarzyszenie, które umówiło się z miastem: odbudujemy klasztor, a w zamian urządzimy w nim muzeum. Prace trwały osiem lat. Otwarto je 10 listopada 2004 roku.
I na tym polega jego wyjątkowość. Większość muzeów motoryzacji to auta ustawione w nowoczesnej przestrzeni. Tu jest odwrotnie. Zabytkowe samochody stoją w zabytkowych wnętrzach, każde na tle scenografii z epoki, w której się ścigało. Nie przechodzi się z sali do sali. Przechodzi się z dekady do dekady.
Dlaczego już nie „Mille Miglia”? Muzeum przez lata nosiło nazwę Museo Mille Miglia. Dziś, ze względów prawnych – znak towarowy „1000 Miglia” należy do spółki organizującej współczesny rajd – działa jako Museo Auto storiche Brescia, a na ekspozycji nazwa samego wyścigu bywa konsekwentnie omijana. To wciąż to samo miejsce i ta sama historia. Jeśli szukasz go w sieci, warto wpisać obie nazwy.
Od czerwieni Maranello po srebro Stuttgartu
Ekspozycję otwierają dwa czerwone Ferrari, a za nimi, na surowej kamiennej ścianie, wiszą oryginalne plakaty najdawniejszych wyścigów Brescii. Jednym z aut jest Ferrari 250 GT Drogo Competizione z 1962 roku – nadwozie sygnowane nazwiskiem modeńskiego karosera Piera Drogo, niskie i ścięte z tyłu, stworzone po to, by ciąć powietrze. Pod maską trzylitrowe V12, 260 koni, tysiąc kilogramów masy i dwieście sześćdziesiąt kilometrów na godzinę. To nie jest auto, które się mija.
Ale prawdziwy kontrapunkt czeka dalej. Po włoskiej czerwieni ekspozycja otwiera całą salę poświęconą jednej niemieckiej marce – Mercedes-Benz. To kolekcja rodziny Bonera, bresciańskich przedsiębiorców od pokoleń związanych z gwiazdą, dziś udostępniona na stałe w ramach współpracy muzeum ze stuttgarckim Muzeum Mercedes-Benz. I nie jest to przypadek: Mercedes wpisał się w legendę Mille Miglii wygranymi Caraccioli w 1931 i Mossa w 1955.
Gwiazdą tej sali jest 300 SL. Coupé, które świat zna jako „Gullwing” – skrzydło mewy. Drzwi otwierające się do góry nie były kaprysem stylisty, lecz koniecznością: auto zbudowano na przestrzennej, rurowej ramie, biegnącej wysoko po bokach nadwozia, i zwykłe drzwi po prostu nie miały jak się otworzyć. Inżynierowie zamienili problem w ikonę. Pod maską krył się trzylitrowy silnik z pierwszym na świecie seryjnym bezpośrednim wtryskiem paliwa, 215 koni i – zależnie od przełożenia – nawet dwieście sześćdziesiąt kilometrów na godzinę. W połowie lat pięćdziesiątych czyniło to Gullwinga najszybszym seryjnym samochodem świata. Powstało ich zaledwie około 1400. Kilka kroków dalej stoi jego łagodniejszy następca w duchu, elegancka Pagoda, ochrzczona tak od lekko wklęsłego, uniesionego na krawędziach twardego dachu.
Rzeczy, które zostały po ludziach
Najbardziej porusza jednak nie blacha, lecz drobiazg. W jednej z gablot wisi skromna, kremowa koszulka z małą tarczą w barwach Włoch. Należała do Eugenia Castellottiego. Obok leży jego zdjęcie i własnoręcznie wypełniona karta zgłoszenia do Mille Miglii 1956 roku – Scuderia Ferrari, Ferrari 290 MM, gdzie litery MM oznaczają właśnie Mille Miglia.
Castellotti był jednym z najjaśniejszych talentów swojego pokolenia. Przystojny, brawurowy, uwielbiany – nazywano go po prostu „il Bello”, Piękny. W 1956 roku wygrał Mille Miglię samotnie, bez pilota, w strugach ulewnego deszczu. Rok później nie żył – zginął podczas testów w Modenie, w wieku dwudziestu sześciu lat, na dwa miesiące przed tym, jak tragedia de Portago zamknęła wyścig na zawsze. Została po nim ta koszulka.
To zresztą klucz do całego miejsca. Te auta nie są zabalsamowane za szkłem. Wiele z nich wciąż żyje, utrzymywanych w pełnej sprawności – bo co roku, w maju, współczesna 1000 Miglia rusza tą samą trasą, a maszyny takie jak te znów wyjeżdżają na drogę. Dlatego w tych salach nie pachnie kurzem ani muzealną ciszą. Pachnie olejem, benzyną i nagrzaną skórą. Zapachem, którego nie odda żaden ekran.
Po co tam jechać
Bo to nie jest kolejne muzeum motoryzacji. To opowieść o odwadze, pięknie i szaleństwie epoki, w której ludzie ścigali się przez pół Włoch po zwykłych drogach – zamknięta w murach, które widziały osiem wieków. Można tu spędzić długie godziny i wciąż mieć poczucie, że coś się pominęło.
Jeśli kochasz samochody, wpisz to miejsce na swoją listę. A najlepiej pojedź w maju, gdy historia z sal muzeum wyjeżdża na ulice Brescii – i na jeden weekend znów staje się teraźniejszością.
Informacje praktyczne
Muzeum: Museo Auto storiche Brescia (dawne Museo Mille Miglia), dzielnica Sant’Eufemia, Brescia, Włochy
Czas zwiedzania: zarezerwuj co najmniej 2 godziny
Na miejscu: motoryzacyjna księgarnia, kawiarnia, wystawy czasowe
Najlepszy termin: maj, w okolicach współczesnej 1000 Miglia