Najpiękniejszy i zarazem najstraszniejszy wyścig świata skończył się w 1957 roku. Jego serce zachowano tam, gdzie nikt nie szukałby samochodów – w murach średniowiecznego opactwa pod Brescią. Pojechałem to zobaczyć. Są muzea, które są halą pełną samochodów. I jest jedno, które jest klasztorem. Wjeżdżam przez bramę i zamiast szkła, betonu i lśniącego foyer widzę kamienny dziedziniec. Sant’Eufemia. Benedyktyński kompleks, którego początki giną w średniowieczu, przez wieki miejsce modlitwy, potem zapomnienia i powolnego rozpadu. Cisza jest tu pierwszym eksponatem. Jeszcze nie zobaczyłem ani jednego auta, a już wiem, że to nie będzie zwykłe zwiedzanie. Zaraz za wejściem – sklep, który okazuje się obszerną motoryzacyjną księgarnią. Półki uginają się od albumów i monografii, w kącie wiszą kultowe czapki z logo rajdu. Kasuję bilet i wchodzę na piętro. I właśnie tam, pod drewnianymi belkami stropu, zaczyna się opowieść. Wyścig, którego dziś nikt by nie wymyślił Żeby zrozumieć to miejsce, trzeba cofnąć się do 1927 roku. Brescia była wtedy stolicą włoskiego sportu samochodowego – …
